Dzień 5

11 lutego 2016

Zimowiskowe poranki są do siebie dość podobne: pobudka (dziś już w zasadzie nikt nie prowadził przedpobudkowego życia, niektórych było wręcz bardzo ciężko wyciągnąć spod cieplutkich kołderek), Msza święta, śniadanie i w drogę. Dziś wyjątkowo nie mogliśmy się doczekać wskoczenia na narty i snowboardy – przez noc napadało jeszcze więcej śniegu! Wdrapaliśmy się po 187 schodkach podziwiając po drodze jak bardzo zmienił się krajobraz. Na górze okazało się jednak, że do jazdy na nartach oprócz śniegu potrzebny jest też… prąd. Nieczęsto spotyka się tyle tak bardzo rozczarowanych par oczu w jednym miejscu, ale jako bardzo kreatywna grupa szybko znaleźliśmy sobie zajęcie – deska snowboardowa może świetnie udawać sanki. Bardzo nam brakowało śniegu tej zimy. Chwilę później wyciągi i orczyk ruszyły i mogliśmy korzystać ze wszystkich dobrodziejstw.

Teraz czas na kilka faktów:

-w naszej grupie nie ma już „początkujących” narciarzy – nawet ci, którzy narty założyli pierwszy raz w życiu na nogi radzą sobie wyśmienicie

-na stoku dbamy o siebie i pomagamy sobie nawzajem – podnosząc z upadków i na duchu

-„proszę pani, jeszcze ostatni raz” – oznacza co najmniej jeszcze trzy zjazdy

-„lód to wróg” – ale już doskonale wiemy, które rejony na stoku należy omijać.

Wróciliśmy do Ośrodka, zjedliśmy obiad (dziś krewetki z kurczaka i pomidorowa) i ubłagaliśmy wychowawców, żeby poszli z nami do sklepu (nagły spadek ilości słodyczy może być niebezpieczny). Po zakupach czekała nas miła niespodzianka w postaci ogniska w zimowej scenerii. Ponieważ każdy z nas posiada oddzielny żołądek na pieczone kiełbaski, to wciągnęliśmy po jednej, pohasaliśmy chwilę i wróciliśmy do budynku na ostatnie dziś zajęcia. Dziewczynki – aby zregenerować się nieco urządziły sobie wieczór spa, chłopcy – kochający turnieje i rywalizacje zagrali w ping-ponga. Zawody wygrał Szymon, co nikogo zbytnio nie zdziwiło…

Po tym pełnym atrakcji dniu nie pozostało nic innego jak udać się do łożek…